24-karatowa fasada

Kroki odbijały się echem od wysokiego, łukowatego sklepienia. Towarzyszył im dźwięk cichego szurania szmaragdowej peleryny, która spływała z ramion powoli idącej kobiety. Bogato zdobione ramy obrazów lśniły złotem w promieniach porannego słońca, które wpadały przez liczne wąskie okna. Hela zatrzymała się przy jednym z nich. Przedstawiał wioskę przykrytą pierzyną śniegu, nad którą czuwał sierp księżyca usytuowany na granatowym niebie, pośród rozsypanych gwiazd.

Bezrobotne renifery
Miała sześć lat, kiedy dowiedziała się, że Święty Mikołaj nie istnieje. Wredna Zośka ze starszego rocznika podeszła do niej na korytarzu i szepnęła na ucho: „Nie dostajesz prezentów, bo twoich rodziców na nie nie stać. Nie dlatego, że jesteś niegrzeczna”.
Zszokowana rozdziawiła szeroko usta. Zalała ją fala sprzecznych uczuć: złość na rodziców za kłamstwo, smutek, niedowierzanie, a w końcu radość. Starała się zachowywać zgodnie z wymaganiami dorosłych, ale przychodziło jej to z trudem. Teraz nie miała już powodu. Prezentów i tak nie będzie.
Żałowała tylko reniferów. Skoro jedyny mieszkaniec Laponii nie istniał, zostały bez pracy i bez siana do jedzenia.

Wspomnienia wywołały uśmiech na twarzy Heli. Była małym wulkanem energii, której nie potrafiła pohamować, przez co zawsze pakowała się w kłopoty.
Zerknęła na obraz wiszący tuż obok. Pośród pni wysokich smukłych drzew bawiła się para dzieci. Dziewczynka trzymała rękę kucającego chłopca i wskazywała coś w oddali.

Zemsta Stalina
Wszystkie dzieci wiedziały, że nie wolno podchodzić do pobliskiej łąki. Niestety sam zakaz nie wystarczył, Hela koniecznie chciała znać powód. Kilkukrotnie zakradała się w pobliże i obserwowała linię roślin. Poruszane jedynie wiatrem przyjemnie szeleściły, a wokół unosił się zapach suchego zboża. Dziewczynka szukała potworów przez dwa pierwsze tygodnie wakacji, aż zauważył ją sąsiad. Wyjaśnił cierpliwie, że niebezpieczeństwo stanowią same rośliny, nie zaś zwierzęta.
Nie mogła uwierzyć, że wysoki koper może zrobić komuś krzywdę. Podobne gałązki mama wkładała do ogórków.
Postanowiła zbadać sprawę dokładniej. Nie chciała sama się narażać, potrzebowała królika doświadczalnego. Idealnym kandydatem do tego zadania był młodszy o rok kolega z podwórka. Wystarczyło, że nazwała go kilkukrotnie cykorem i maminsynkiem. Aby udowodnić męstwo wszedł między wysokie łodygi. Wrócił po kilku minutach bez szwanku, choć Hela zdążyła w tym czasie obgryźć wszystkie paznokcie.
Problem pojawił się w drodze powrotnej do domu. Karol zaczął skarżyć się na pieczenie skóry. Przez chwilę drapał przedramiona, szybko jednak swędzenie przerodziło się w dotkliwy ból. Całe ręce miał czerwone i pokryte bąblami, zupełnie jak po oparzeniu. Spanikowana Hela zostawiła płaczącego kolegę na poboczu piaszczystej drogi i pobiegła czym prędzej po rodziców.
Po powrocie do domu dostała lanie, przez które kilka dni nie mogła usiąść. Choć bardziej bolał ją fakt, że do końca wakacji nie mogła bawić się z Karolem. Wyszedł ze szpitala tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego i miał zakaz wychodzenia na słońce.

Skrępowana kobieta nerwowo wygładziła miedzianą spódnicę, zanim ruszyła dalej. Jako dorosły mężczyzna Karol wciąż miał ręce poznaczone bliznami. Jedyne pocieszenie znajdowała w fakcie, że jakimś cudem nie poparzył twarzy. Mimo że nie miał jej za złe niefortunnej zabawy, sama nie potrafiła sobie wybaczyć.
Z trudem oderwała wzrok od obrazu, po czym podeszła do kolejnego. Salon, ogień buchający w kominku i kot skulony na poręczy pluszowego fotela. Długie cienie tańczące na dębowej podłodze. Całość utrzymana w ciepłej tonacji brązu, pomarańczu i czerwieni.

Strażnik domowego ogniska
Styczeń kojarzyła tylko z zimnem przejmującym aż do kości. Najgorsze były dwa tygodnie ferii, w trakcie których nie mogła pójść do szkoły, żeby choć trochę odtajać. Opału zaczynało brakować waz z końcem Świąt Bożego Narodzenia i wyjazdem rodziny, dla której piec chodził na pełnych obrotach. Niedługo później kończyły się potrawy przywiezione wraz z uśmiechami i niewielkimi paczuszkami owiniętymi w kolorowy papier. Mama robiła wszystko, żeby siostra wraz z mężem czuli się komfortowo. Nie chciała znów jej stracić, a i Hela lubiła nową ciocię. Głównie za prezenty.
Ciocia jednak wróciła do miasta, a dom przemienił się w lodówkę. Kiedy rodzice mieli do wyboru ogrzewanie albo jedzenie, stawiali na to drugie. Sytuacja uległa zmianie na trzy lata przed wyprowadzką dziewczyny. Nieopodal otworzyła się huta, w której zaczął pracować ojciec. Pensja była niewielka, więc uzupełniał ją podkradając koks. Niewielkie ilości, by nikt nie zauważył, a dzięki którym termofor przestał być niezbędny. Nie on jeden wpadł na ten pomysł. Przestał kraść, kiedy huta ogłosiła zniknięcie siedmiu ton opału i zaczęła ostro karać złodziei.

Próbowała zdefiniować uczucie, które powodowało gulę w gardle. Bezowocnie. Zakończyła poszukiwania słów wzruszeniem ramion, mającym udowodnić, że przestało jej zależeć. „To tylko wspomnienia. Wszystko już jest za mną” — pomyślała. Następnie wznowiła wędrówkę. Minęła kilka obrazów, aż znalazła ten, którego szukała. Rzędy ławek, pochylone głowy dzieci rozwiązujących testy.

Jutro byłoby już dzisiaj
Matura. Ostatni egzamin, wakacje, a później wolność. Planowała zacząć studia i podjąć pracę w stolicy. Przed sobą widziała same możliwości.
Wejściu na salę towarzyszyło radosne podekscytowanie. Podała nauczycielowi dowód osobisty, następnie przekroczyła próg sali gimnastycznej. Mocno ściskając długopis usiadła na wyznaczonym miejscu, gdzie niecierpliwie czekała na arkusz. Głosy umilkły gdy wszyscy byli gotowi, a przed nimi stanął nauczyciel. Słyszała tylko szelest kartek, pojedyncze skrobnięcia długopisów i szum krwi w uszach. Zaczęła czytać pytania i miała wrażenie, że są w innym języku. Nic nie rozumiała, równie dobrze mogłaby zdawać egzamin z czarnej magii.
Łudziła się do ostatniej chwili, lecz życie zweryfikowało plany. Mimo dobrych ocen matura z matematyki poszła jej fatalnie. Powinna była to przewidzieć, w końcu całe liceum korzystała z pomocy przyjaciela. Sama nie robiła nic. Nie musiała, podobno była inteligentna. Tak przynajmniej myślała aż do chwili, kiedy dostała do ręki świadectwo dojrzałości.
Wróciła dwa lata później poprawić wynik, jednak wstyd pozostał. Z tego powodu w trakcie studiów udawała, że jest młodsza. Prawdę znała tylko Julia, z którą przyjaźniła się od zawsze.

Poniosła w życiu wiele porażek, lecz niezdana matura była najdotkliwszą. Pierwsze zderzenie ze ścianą nie do przebicia. Nawet po latach doskonale pamiętała poczucie upokorzenia.
Wiedziała jaki obraz będzie następny. Lekko zgięta trzymała dłoń na brzuchu. Nudności nasilały się z każdym krokiem. Patrzyła na czubki kapci, chwilę zbierała w sobie odwagę, by spojrzeć na płótno. Para trzymająca się za ręce stała pod jabłonią obsypaną kwiatami. Zachodzące słońce zaróżowiło niebo, w oddali widoczny był klucz gęsi.

Wszystkie chwyty dozwolone
Konrada poznała na dwudziestych pierwszych urodzinach Julki. Oficjalnie nie byli parą, ale solenizantka nie odstępowała go na krok. Przetańczyli wspólnie całą noc, a nad ranem zniknęli. Hela obserwowała szczęście przyjaciółki i kibicowała zakochanym. Tym bardziej zaskoczyło ją, gdy Jula stwierdziła, że chłopak nie jest w jej typie. Mimo to trzymała go blisko, ciągle karmiąc nadzieją na możliwy związek w przyszłości. „Każda dziewczyna potrzebuje mieć wyjście awaryjne” — śmiała się, kiedy plotkowały przy kieliszku wina.
Nie raz pytała Konrada, dlaczego nie odpuści. Był przystojny, dowcipny i umiał żartować. A co ważniejsze, potrafił sprawić, by dziewczyna czuła się wyjątkowa. Hela lubiła słuchać jak opowiadał o psie, którego niedawno adoptował ze schroniska, dużo dyskutowali też o muzyce. Późnym latem otwarcie nazywała go przyjacielem, szczelnie zamknąwszy wszystkie cieplejsze uczucia. Nie chciała stawać na drodze jego szczęścia.
Aż w końcu poszli na ognisko. Było późne lato. Ciepła noc, rozgwieżdżone niebo, trzaskanie płomieni i gwar rozmów sprawiły, że na chwilę się zapomniała. Siedzieli blisko, czuła znajomy zapach perfum. Coś powiedział, nie dosłyszała. Obróciła się, ramieniem muskając jego ramię. Spojrzała w błękitne oczy i utonęła. Nie zarejestrowała momentu, w którym go pocałowała. Dalej potoczyło się lawinowo. Wrzaski Julii, smak słonych łez i on obserwujący z przerażeniem kłócące się dziewczyny. Hela przeprosiła, choć wiedziała, że to na nic. Zadziałał automat, grzeczność wpajana od zawsze. Nie żałowała tego pocałunku.
Dogonił ją na przystanku autobusowym. „Czemu to zrobiłaś?” — zapytał. Miała w głowie tysiąc odpowiedzi, lecz jedyne na co się zdobyła, to wzruszenie ramionami. Przez twarz Konrada przemknął cień. „Nie chcę być zabawką kolejnej. Myślałem, że jesteś inna niż Julka”. Zabolało. Mocno przytuliła chłopaka, słuchając miarowego bicia jego serca. Chwilę trwało zanim się rozluźnił. Zrozumiał.
Po trzech szczęśliwych latach zostawił ją z dziurą w sercu. Nigdy nie uzyskała odpowiedzi dlaczego.

Hela opuszkami palców musnęła farbę. Chwilę jeszcze patrzyła na obraz, po czym ruszyła dalej. Minęła kilka kolejnych, zatrzymała się dopiero przy tym przedstawiającym parę w kościele. Kobieta była w białej sukni, mężczyzna w eleganckim garniturze. Zwróceni ku sobie składali przysięgę, oświetleni rzez smugi światła wpadające przez witraże. Wokół stało mnóstwo wazonów z białymi i różowymi liliami.

Póki śmierć nas nie rozłączy
Sławka poznała w pracy. Miał dom, samochód i kierownicze stanowisko, przez co rzadko bywał w domu. Imponował jej sukces, który osiągnął oraz potencjalne korzyści jakie dawały bliższe relacje. Dzięki niemu szybko awansowała, wiodła dostatnie życie. Szczególnie po ślubie, kiedy przestała martwić się o odcięcie dostępu do pieniędzy.
Nie chciał dzieci, wciąż powtarzał, że nie ma czasu nawet dla dwójki z poprzedniego małżeństwa. Dlatego postawiła go przed faktem dokonanym. Skłamała, że musiała zapomnieć zażyć tabletkę, przecież to się zdarza. Mimo początkowej rezerwy, pokochał syna bez pamięci, kiedy tylko pierwszy raz wziął go na ręce.
Maluch dorósł, poszedł do szkoły, poznał kolegów, u których zaczął spędzać czas, a Sławek wciąż pracował tyle samo. Hela zaczęła odczuwać samotność, adoptowali więc psa. Kochała sierściucha, ale potrzebowała też być wysłuchana. Tęskniła za komplementami, szukała potwierdzenia, że wciąż jest atrakcyjną kobietą. Tak zaczęła się seria przelotnych romansów. Żaden mężczyzna nie zainteresował jej jako osoba, byli jedynie narzędziem do zaspokojenia ego. Mąż do końca niczego nie podejrzewał. Cieszył ją ten stan rzeczy, bo mimo wszystko nie chciała go stracić.

Obróciła się, by ostatni raz spojrzeć na korytarz pełen obrazów. Złote ramy lśniły w świetle zachodzącego słońca, w powietrzu wirowały drobinki kurzu. „Wystarczy” — pomyślała, po czym ruszyła do drzwi. Lekko zanuciła pod nosem kołysankę, którą śpiewała jej mama i którą sama usypiała syna.
Dębowe skrzydła była ciężkie, przez chwilę myślała, że nie da rady ich otworzyć. W końcu z trudem uchyliła jedno z nich przy akompaniamencie skrzypienia zardzewiałych zawiasów.
Wyszła na zewnątrz. Stąpała po wilgotnej od rosy trawie, zostawiając pałac daleko za sobą.
Szła w kierunku światła.


Image by David Osta from Pixabay

8 myśli na temat “24-karatowa fasada

  1. na bieżąco – w trakcie czytania – pierwszy akapit – zobaczyłem światło wpadające przez okna i oświetlające kobietę, która nie musi się nigdzie spieszyć – piękny obrazek.
    Wredna Zośka ze starszego rocznika podeszła do niej na korytarzu i szepnęła na ucho: „Nie dostajesz prezentów, bo twoich rodziców na nie nie stać. Nie dlatego, że jesteś niegrzeczna”.- zamiast starszego rocznika, napisałbym mniej jawnie – starsza o dwa lat, choć wciąż w tej samej klasie. niech zostanie smaczek czegoś… niedozwolonego i nagannego, ale w inny sposób niż prymitywna złośliwość.
    Skoro jedyny mieszkaniec Laponii nie istniał, zostały bez pracy i bez siana do podjadania. – z głodu się nie podjada, tylko żre, rzuca się na jedzenie. podjadanie, to cecha sytych istot.
    Kiedy rodzice mieli do wyboru ogrzewanie, a jedzenie, stawiali na to drugie. – chyba albo, nie a. względnie, wtedy.
    wyjście awaryjne – jakie to podłe i wyrachowane. nie jest łatwo takie coś napisać. prawda nie zawsze jest tym, co chce się usłyszeć. piękne i paskudne naraz.
    nie żałowała tego pocałunku – kolejna perła, której nie da się wymyślić. czapki z głów.
    Maluch dorósł, poszedł do szkoły, poznał kolegów u których zaczął spędzać czas, a Sławek wciąż pracował tyle samo. – chyba przecinek przydałby się przed „u których”
    zakończenie brzmi, jak początek nowej opowieści. niech się toczy, bo dobrze się czyta.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dziękuję za garść cennych uwag i słowa otuchy 🙂
      Jakaś opowieść zawsze się toczy. Życie ma to do siebie, że kończą się jedynie rozdziały.

      Polubienie

  2. Mnie też…
    Każdy z nas może wzbudzić w sobie podobne reminiscencje.
    Nie każdy jednak ma szansę trafić na taką pobudzająca scenerię…
    Trzeba też nabyć umiejętności snucia opowieści i znaleźć słuchacza- pochłaniacza

    Polubione przez 1 osoba

    1. Słuchacz-pochłaniacz jest w tym wszystkim na piedestale.
      Choć niektóre opowieści potrzebują tylko jednego słuchacza – tego kto je snuje. Wtedy są najbardziej szczere.
      Dziękuję Pochłaniaczu 🙂

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.